| ::: nowaczewski blog ::: |
::: księga
gości ::: ![]() Artur Nowaczewski ur. 10 X 1978 roku w Gdańsku. Poeta, krytyk literacki. Dzieciństwo spędził we Wrzeszczu, absolwent "Topolówki", doktor nauk humanistycznych, pracuje jako adiunkt w Zakładzie Antropologii Literatury i Krytyki Artystycznej na UG. W okresie studiów współtworzył serwis "Teczka" i kwartalnik "Przesuw". Od kilku lat współpracuje z sopockim "Toposem", stały współpracownik Magazynu Apokaliptycznego "44". Wiersze, recenzje, szkice krytyczne publikował także m.in. we "Frondzie", "Przeglądzie Politycznym", "Arcanach", Magazynie polsko-niemieckim "Dialog", "30 Dniach", "Gościu Niedzielnym", "Lampie", "Studium", "Ha!arcie". Wydał arkusz poetycki Wyrywki (2002), tomik wierszy Commodore 64 (2005), książkę historycznoliteracką Trzy miasta, trzy pokolenia (2006). Laureat m.in. Nagrody Fundacji im. Ks. Janusza St. Pasierba (2008), Złotego Środka Poezji w Kutnie (2006), Stypendysta Marszałka Województwa Pomorskiego (2008). Tłumaczony na język czeski i niemiecki. Mieszka w Gdyni. ![]() ![]() ![]()
Wyrzuć pamiątki. Spal wspomnienia i w nowy życia strumień wstąp. Jest tylko ziemia. Jedna ziemia i pory roku nad nią są. Wojny owadów - wojny ludzi i krótka śmierć nad miodu kwiatem. Dojrzewa zboże. Kwitną dęby. W ocean schodzą rzeki z gór. (Herbert...) Zdarzyło mi się niegdyś ujrzeć w lesie rano Dwie drogi: pojechałem tą mniej uczęszczaną - Reszta wzięła się z tego, że to ją wybrałem. (Frost...) szliśmy wzdłuż strumienia i ja widząc że ona już była umarła zawołałem do niej po imieniu a ona idąc dalej obejrzała się i położyła palec na ustach (Różewicz...) Sen mara, nie odżegnasz się, Sen życie śmierć, nie uciekniesz, Sen love hate, zrośnięte przepaści, Jedno serce podzielone na sto, Jedna myśl oszalała w pszczelnym roju, Jeden rozum pomieszany na morzu sprzeczności. (Wierzyński...) Wiara w ich dłoniach na pół się przełamie I na wskroś przemknie przez ich zło o jednym rogu; Choć końce się rozszczepią, oni wytrzymają; A śmierć utraci swoją władzę. (D. Thomas...) |
Scenka pociągowa Zauważyłem go na Centralnym. Rozmawiał z ożywainiem z jakimś starszym mężczyzną. Chłopak - z wyglądu dwadzieścia, może dwadzieścia jeden lat. Twarz ciut pucołowata, okulary, lekko zaznaczony brzuszek. Nazwijmy go Studentem. Dlaczego go zapamiętałem? Przeczucie? Pięć godzin później - w Gdańsku Głównym - wszedł do naszego przedziału. Czy będą dwa wolne miejsca? Były. Pasażerowie właśnie wysiedli. Wraz z nim wszedł chłopaczek w bluzie z kapturem. Nie jakiś tam znajomy. Tylko przypadkowy pasażer poznany przed chwilą w wagonie. Nazwijmy go Szczawikiem. -To ja zamknę drzwi, żeby wam nie śmierdziało - powiedział Szczawik i wyszedł na korytarz zapalić. Zostaliśmy sami. -Co ci się najbardziej podoba w tej książce - zagadnął Student. -Dwie najważniejsze rzeczy. (Czytałem grube na tysiąc stron tomiszcze - Lód Jacka Dukaja - lektura w sam raz na mrożny przejazd TLK linii Kraków-Kołobrzeg). -Wyobraźnia - odpowiedziałem - Facet jest wielkim erudytą i ma niesamowitą wyobraźnię. Powieść rozgrywa się w konkretnej epoce, ale dodane są elementy fantastyki. Interesowałem się historią - jako postać występuje tu np. Piłsudski. No i z wykształcenia jestem polonistą - tu są odniesienia do Mickiewicza, Słowackiego, polskiej kultury. Nie każdy umie wyłapać te niuanse. Ale jeśli umie - ta książka ma więcej smaków. -Ja na polonistyce się nie znam. Studiowałem przez rok filozofię. A teraz neurokognitywistykę. No i interesuje mnie psychologia. (Wrócił Szczawik i usiadł w milczeniu przy drzwiach) -Neurokognitywistyka! To jest to! - emocjonował się Student. -Badamy impulsy mózgu. Dajmy na to - pokazujemy facetowi kobietę w czerwonej czy innej sukience. Po impulsach wiemy, która mu się bardziej podoba. Dzisiaj każda poważna firma musi przeprowadzać takie badania. Inaczej wypadnie z rynku. Albo politycy. Tusk poddał się badaniom, żeby było wiadomo, jaki jego uśmiech bardziej odpowiada wyborcom. Jesteśmy manipulowani. Mogę powiedzieć, że mam okazję zajmować się tym, co w przyszłości zaistnieje. Tak jak informatycy pracujący kiedyś na komputerach wielkości pokoju. -To ciekawe. A jak tam trafiłeś? -Chciałem wiedzieć. Filozofia nie dała mi odpowiedzi. Na przykład moralność. Każdy filozof daje inną odpowiedź. Kto jest bardziej moralny, bo to, ktoś inny, bo tamto. Przykładowo - bo kultura, bo wychowanie warunkują jak się zachowamy. Ale to przecież wszystko jest zapisane w mózgu. Są jakieś obszary odpowiedzialne za nasze uczucia i decyzje. Sceny z badaniem na mózgu przyniosły mi na myśl oglądaną niedawno Iluminację Zanussiego. Oto młody człowiek, który chce wiedzieć. Tylko, że bohater filmu był introwertykiem w swetrze i oprawkach egzystencjalisty, a ten tutaj - to estrawertyczny pijarowiec... -Choćby zachowania społeczne. - rozpędzał się tymczasem Student -Załóżmy (przykładowo! banalnie!), że wchodzi tutaj do przedziału laska i zakłada noga na nogę. Jeśli mam rozwinięty obszar mózgu odpowiedzialny za zachowania społeczne, to z chwilą, kiedy ona tu wejdzie, nie zapomnę o was, będę czuł się dalej członkiem waszej grupy. Ale (dajmy na to!) obszar ten będę miał słaby, to zacznę się do niej ślinić i będę miał was gdzieś. Albo dwaj żołnierze na polu bitwy. Dlaczego jeden będzie odważny a drugi nie? -Odważny będzie ten, dla którego wycofanie się będzie oznaczało stratę twarzy - odpowiedziałem -Ten, który czuje się żołnierzem i bez odwagi nie istnieje. Ten, dla którego bycie żołnierzem jest jego tożsamością. Będzie starał się być odważny i przełamać strach. -No tak, ale gdzie jest obszar mózgu odpowiedzialny za jego tożsamość? Za to, że czuje się żołnierzem? Albo społeczeństwa - rozpędzał się Student. -Dlaczego Niemcy są lepiej zorganizowani a Polacy żyją "tu i teraz"? Ciężej jest im się dogadać? Gdyby przebadać Polaków i Niemców... (O tempora! O mores! Zapachniało nagle nazizmem Eugenio!) -Nie przebadasz wszystkich Polaków i Niemców. Nie znajdziesz też "reprezentatywnego Polaka" i "reprezentatywnego Niemca". Każdy jest inny. Ludzie są wymieszani. -Prawda - wtrącił znienacka Szczawik - Nie ma czystej rasy. -Gdyby jednak zbadać predyspozycje poszczególnych ludzi - brnął Student - pod względem ich przydatności do poszczególnych zawodów, można by też znaleźć ludzi najlepiej nadających się do rządzenia, modelowych polityków, którzy najlepiej zadbaliby o społeczeństwo... -Kto miałby zlecić badanie takich predyspozyji? Pewnie władza? - przerwałem mu.-Jeśli to wszystko jest zapisane w mózgu, to rządziliby wcale nie ci, którzy liczyliby się ze społeczeństwem, ale ci, którzy mieliby największą żądzę władzy. Pewnie badaniom poddane byłyby już dzieci - każdy byłby przypisany, przeznaczony do czegoś, byłaby większa specjalizacja i mniej wolności. -Znaczy totalitaryzm- uśmiechnął się Student podjarany ekstremalnością tego słowa. Wstałem. -Fajne się gadało, ale ja wysiadam. Za oknem mignęły światła Gdyni. nowaczewski [2010-02-09 20:40:18] skomentuj (0) W szponach wrońca. Baśń PRL-em napisana W wyprawach zastój. Wrzucam zatem fragment recenzji Wrońca Jacka Dukaja. Całość ukaże się pewnie za jakieś pół roku (taki rytm kwartalników), gdy będzie lato i nikt nie będzie o Wrońcu myślał... Gorąco polecam tę książkę. (..) Byłem zdziwiony indolencją recenzentów. Właściwie poza Dariuszem Nowackim nie zrozumieli tej książki! Pojawiły się absurdalne zarzuty, że Wroniec relatywizuje stan wojenny, bo Adasiowi wszystko się przyśniło (sic!), że niezrozumiałe są zniekształcenia lingwistyczne Dukaja, że Dukaj jest pieszczochem mediów i każdy gniot, który by spłodził spotka się z entuzjastycznym odbiorem, wreszcie, że porównywanie Dukaja do Lema jest (dla Lema) uwłaczające. Wypada się choćby krótko odnieść do tych kuriozalnych stwierdzeń. Po pierwsze broniłbym Wrońca przed instrumentalnym traktowaniem jako rocznicową bajeczkę, sprzedawaną w grudniowej aurze. Oczywiście Wroniec pojawił się w czasie marketingowo uzasadnionym, ale to nie wyczerpuje znaczenia tej książki jako tekstu kultury. Niesie ona ze sobą dużo więcej znaczeń niż proste odniesienie do stanu wojennego sprzedawane w zgodzie z obowiązującą polityką historyczną. Bałbym się czytać tę bajkę dzieciom nie dlatego, że stworzyłaby fałszywe wyobrażenia o stanie wojennym (na edukację historyczną siedmiolatki mają jeszcze czas i dalibóg, to nie Wroniec powinien być podręcznikiem), ale dlatego, że to książka bardzo okrutna. PRL tam przedstawiony w niczym nie przypomina groteskowych, śmiesznych i przez to niewinnych wizji z filmów Stanisława Barei, nie budzi jakiejkolwiek nostalgii. Jest po prostu mroczny, ponury, odrażający jak senny koszmar, o którym chce się najszybciej zapomnieć. Jestem pewien, że młody człowiek wychowany na tej książce nie ignorowałby grozy systemu komunistycznego, nie zamieniłby PRL-u w śmiech. Pytanie dla rodzica - to czy czytać dzieciom bajkę, gdzie kruki wydziobują Panu Betonowi oko. Ten bohater, do którego Dukaj przywiązuje czytelnika jak nie przymierzając do Longinusa Podbipięty - ginie w kluczowej scenie. Przypominając sobie swoje emocje związane ze śmiercią Pana Longina, który marzył o ścięciu mieczem trzech pogańskich głów, stwierdzam twardo - czytać. Nie lęk, który w życiu jest nie do uniknięcia jest wrogiem dziecka, ale brak kręgosłupa moralnego, który pozwala wartościować ludzkie postawy. W tym względzie Wroniec nie przyniesie zaś małolatom szkody. Wreszcie - rzekome uwłaczające (dla Lema) porównanie do Dukaja. Nie da się ukryć, że nazwisko starego mistrza występuje w wypowiedziach krytyków jako fetysz mający pogrążyć autora Wrońca. Że są to autorzy całkiem różni i że Dukaj nie jest żadnym Lemem bis tłumaczyć daremno. W kontekście Wrońca można jedynie dokonać porównania z Bajkami robotów. Otóż wcale nie jestem pewien, czy porównanie tych dwóch utworów wypada dla Lema dobrze. Dziś Bajki robotów to jedna z gorszych książek mistrza - by nie powiedzieć ramotka, mogąca być jedynie pożywką dla starych strukturalistów podniecających się Morfologią bajki Proppa. Mało inspirujące literacko i co gorsza napisane językiem, do którego już dawno pogubiono kody. Nic nie zużywa się bowiem tak szybko jak język techniczny - dlatego techniczna staropolszczyzna Bajek robotów jest dzisiaj dla ucznia podstawówki niezrozumiała. Wróżę Wrońcowi dłuższy żywot, bo Dukaj stworzył baśń, która nie stara się aspirować do czegoś więcej niż bycia baśnią właśnie. nowaczewski [2010-02-06 00:37:22] skomentuj (2) Pranie w otulinie zimy Spakowany w dziesięć minut, w dziesięć minut znalazłem się na dworcu ze swoim plecakiem kostką i wyborem Heaneya. W Olsztynie przesiadłem się na osobówkę do Pisza, zmrok zapadł przed Szczytnem, pociąg sunął przez ciemny blado rozświetlony zalegającym śniegiem bór. Gaśnie światło na obrazach Breugla, domy z czerwonej cegły pogrążają się w ciemność. Gdzieś w tej nocy tli się światło leśniczówki Pranie. Zima otacza budynek szeroką otuliną pustki. Poeta Wojtek Kass wraz z żoną Jagienką od kilkunastu lat gospodarzy na tych włościach jako kusztosz muzem Gałczyńskiego. W letnich miesiącach leśniczówka staje się kulturalnym centrum okolicy, od strony lasu i jeziora przybywają turyści, tętni życie literackie. Ale teraz poza gospodarzami, ich synem Brunem i trójką kotów żywej duszy. W środku cisza a na zewnątrz głusza. Jest miejsce dla literackich dysput, dla Toma Waitsa i Rossiji, łyku domowej pigwówki. Gdyby nie obecność telefonu i palącego się na biurku laptopa mógłbym pomyśleć, że znalazłem się w latach trzydziestych na Kresach jako inkarnacja Wańkowicza. Zamaszystość gospodarza jeszcze pogłębia złudzenie. Rano wychodzimy na krótki spacer i trafiamy na Aleję Nieznanego Poety. Tym samym - śmieje się Wojtek pokazując tabliczkę - każdy poeta w tym kraju ma swoją ulicę. Mróz jest trzaskający. Siedemnaście stopni wypuszczam się więc na jezioro. Lodem pokojuję prawie dwa kilometry i ląduję na wyspie. Obserwuję wędkarzy zgęsiałych nad przeręblem. Po powrocie obiadowe pyszności. Rodzinne ciepło i sielskość. Gosh, młody kocur Maine Coon obserwuje sikory w karmniku. Jeszcze przed zmrokiem wychodzę lodem do wioski Krzyże. Wyposażony zostaję z super ciepłe spodnie, które trafiły do tego domu od sąsiada - premiera Rakowskiego. W ciepłej kufai i portkach premiera sunę przez noc. Lód kilka razy szczęka groźnie. Pod jego powierzchnią toczy się jakieś bełkotliwe życie jeziora. Decyduję się zejść na brzeg. Lasem przedostaję się do Krzyży, wieś wymarła - bez sezonowych mieszkańców. Niebo pogodne, w czystym powietrzu gwiazdy jarzą się jak na świątecznych pocztówkach dzieciństwa. Znikam w lesie. Śpię na piętrze muzeum. Gospodarze pojechali na proszoną kolację, więc sam przekręcam klucz w zamku. Wita mnie ciemność muzealnych sal. Jest już późna godzina, gdy z wielką latarką ruszę w tę zamarłą przestrzeń. Blade światło błądzi po gablotach, cytach z wierszy Gałczyńskiego, fotografiach poety, rękopisach. Jedna z sal zawiera wszystkie meble z warszawskiego pokoju Gałczyńskiego z lat pięćdziesiątych... Trafiam wreszcie na samego poetę. Nad drzwiami wisi jego pośmiertna maska. Snop światła nie może jej całej objąć, część twarzy pozostaje w cieniu. Zostaniemy sami w tej leśniczówce póki noc nas całkiem nie ogarnie. Jutro zbudzi nas mroźne styczniowe słońce. nowaczewski [2010-01-25 02:26:41] skomentuj (10) Frombork, Braniewo, styczeń Gruby mróz skuł powietrze. Jechać do Braniewa, żeby w przedziale kolejowym poprowadzić literackie warsztaty dla licealistów... Uwielbiam takie akcje. Dzień bez pretensji do świata i złych emocji. Zaspałem na pociąg do Kaliningradu, więc dotarłem do Fromborka PKS-em. Frombork o tej porze roku jest jak komputerowa gra nie do końca zaprogramowana przez autora. Niby są tu budynki, sklepy, restauracje, ale duża część nie daje się otworzyć. Na przykład po kliknięciu na pizzerię pizzeria się nie otwiera. Muzeum jednak otwarte. Na dziedzińcu właściwie tylko nasze ślady - kotłowanina podeszw, jak to podczas szkolnych wycieczek. W muzeum, które nie zmieniło się od czasów wczesnego Gierka wieje nudą. Gabloty rozstawiono na dużej przestrzeni - dlatego ma się wrażenie rozrzedzenia. Tu - jakiś skrawek meteorytu - na przykład wielkości dwóch centymetrów a wokół szkło i wiele metrów podłogi. Jest nieco książek z czasów Kopernika, jakieś jego rękopisy. I właściwie niewiele ponad to. Zapomniałem nawet o jakich zagadkach pisał Nienacki w jednej z części Pana Samochodzika, ledwo pamiętam XI księgę Tytusa o ratowaniu zabytków, która chyba wydana została akurat na okoliczność gierkowskiej siermiężności. Kopernik wstrzymał słońce, ruszył ziemię. Chyba wstrzymał także Frombork. Chodząc po styczniowych wymarłych ulicach miasteczka miałem wrażenie - nic tu się już nie zdarzy, to co miało się zdarzyć, zdarzyło się - a teraz to już do końca kurz, gabloty, kości wykopywane pod podłogą katedry i melancholia gwiazd w planetarium. Katedrę musiała nam otworzyć miła pani - zdaje się, że byliśmy jedynymi goścmi. Dziwny to jest kościół przez wiele wieków zastrzeżony dla kanoników, nie wiodło się tu zwykłe parafialne życie - potęgujące się we wnętrzu zimno. Miast myśleć o baroku ołtarzy, patrzyłem na zamarzniętą wodę w wiadrze. Myślałem - o tym jak zimne były kościoły w średniowieczu. Ale do Boga było bliżej wtedy, niż teraz w światyniach ogrzewanych i oświetlonych światłem elektrycznym. Co ciekawe ławki wstawiono dopiero w PRL-u z jakichś zakładów 22 lipca czy coś. Pani zagadnięta o grób Kopernika rozwinęła ciekawą narrację o tym, gdzie mógł leżeć i jak komputerowo odtwarzano twarz człowieka, który mógł być Kopernikiem. Jak Szwedzi, którzy zrabowali w XVII wieku książki z jego księgozbioru znaleźli ponoć między kartkami jego włosy i usłyszawszy o wykopaniu zwłok pewnego siedemdziesięciolatka z XVI wieku prosili o jakiś kawałek ciała. Chcieli porównać DNA z włosów użytkownika zrabowanej ksiażki z DNA zęba nieboszczyka z fromborskiej katedry. Ząb posłano im. Okazało się, że dwa włosy z jedenastu należały do tego człowieka. Dlatego ogłoszono, że to Kopernik. Swoją drogą interesujący przykład - jak niedaleko odeszliśmy od czasów średniowiecza, kiedy po Europie wędrowały relikwie świętych. Naukowcy z wojującej laickiej Szwecji wygrzebują dziś spomiędzy kartek starodruków włosy geniusza zmarłego przed pięciuset laty i z ekscytacją pochylają się nad przesłanym zza morza zębem. W Braniewie znaleźliśmy się po zmroku. Gdy idzie się przez ciemne miasto - gdzie pali się trochę światełek, oświetlonych jest kilka pojedynczych kamienic nastrój przygnębienia i peryferyjności nie mija, ale jeszcze się pogłębia. Jeśli ktoś z dumą prezentuje swoje zdrowe zęby a ma braki w uzębieniu, widzimy tylko szczerby i rozpad. Tak jarzyły się pojedyncze neony, tak tliły się lampki w sklepie metalowym. Czytanie szyldów - Kawiarnia pod ruczajem, Szewstwo naprawkowe, Bar Frykas w podziemiach Urzędu Stanu Cywilnego... Oprócz Żabki jest też sklep Żaba, który akurat był gaszony przez straż pożarną. Zaintrygowała mnie głucha budka będąca "klubem gier". Przy jednej z ulic znajdowała się też grekokatolicka cerkiew. Ukraińcy musieli się tu chyba znaleźć po Akcji Wisła... Myślałem sobie, że gdyby kościół wybudowano przed czasami reformacji mógł kilka razy zmieniać obrządek. Mógł już należeć do katolików i portestantów, teraz zaś przyszedł czas na grekokatolików. Kawiarnia pod ruczajem okazała się miejscem niesprzyjającym nieletnim, udaliśmy się zatem do pizzerii. Menu było obiektem ożywionej dyskusji. Niemniej ceny były bardzo ludzkie. Braniewo jest ostatnim miastem przed Kaliningradem i czuć tu już bliskość tego skrawka Rosji. Wchodząc na dogorywający dworzec, gdzie siedziało kilku bezdomnych o szarych twarzach nie sposób było nie pomyśleć o przenikającym mrozie. Powrót zleciał dość szybko. Parę słów o figurze flaneura w kontekście szyldów w Braniewie, fragmenty z Baudelaire'a i Herberta, wreszcie własne kawałki - parę wierszy i kilka notek z tego bloga. Nie byłem wcześniej w Braniewie, więc komisyjnie doszło do zaznaczenia kółka na mojej słynnej mapie (patrz: archiwum z maja 2008). Teraz to kółko na mapie będzie opowiadać powyższą historię i przypomni mi młodych towarzyszy podróży.Pozdrawiam współpasażerów! nowaczewski [2010-01-09 01:01:04] skomentuj (3) Nim wstanie świt Z dedykacją dla przyjaciół w nowym roku 2010 Nim wstanie świt piosenka z filmu Prawo i pięść. Muzyka: Krzysztof Komeda Słowa: Agnieszka Osiecka Śpiewa: Edmund Fetting. nowaczewski [2010-01-01 05:16:34] skomentuj (6) 10000 km minęło... 10000 km minęło To jest notka nietypowa, ale okazja także jest nietypowa. 13 kwietnia 1998 roku zacząłem zliczać kilometry pokonane podczas wycieczek. Jedyny warunek - wycieczka musi mieć powyżej 10 km. Od prawie dwunastu lat bije ten licznik. Wiedziałem, że w tym roku stuknie mi 10 tysięcy kilometrów. Myślałem nawet, że jakoś to uczczę - wezmę do plecaka buteleczkę rumu i symbolicznie wypiję toast w niebo. Jeśli nie w górach, to chociaż na Mierzei Helskiej, czy coś... Życie jak zwykle krzyżuje takie frajerskie plany. Przegapiłem zwyczajnie swój jubileusz. Któregoś wieczoru, jakoś na początku grudnia wyszedłem od Dawida, we Wrzeszczu - do kolejki było jeszcze dużo czasu, więc połykałem kolejne kilometry i stacje idąc w stronę Gdyni. Teraz, gdy przeliczyłem kilometry okazuje się, że na liczniku jest 10006 km. Gdzieś w bezsennej nocy między Wrzeszczem a Gdynią, jak na ironię niedaleko od miejsca, gdzie się wszystko zaczęło - stuknęło mi dziesięć tysiecy... Wrzucam zatem z tej okazji na bloga strumień świadomości, który wylał się ze mnie jakieś parę tygodni temu, gdy nie mogłem spać. Zapisany niemal bez poprawek, jednym ciągiem w jakieś półtorej godziny - to najkrótszy zapis tych 10 tysięcy kilometrów i tych prawie 12 lat marszu... *** czasami, kiedy nie mogę spać albo podczas długiego morderczego marszu zaczynam mówić do siebie jest to jedyny mój wiersz, który znam na pamięć, zawsze jestem w stanie go powiedzieć inaczej jest to jedyny mój wiersz, który wydeptuję przez całe życie bo idę tam, gdzie idę a nie idę, gdzie nie idę, bo szedłem tam, gdzie szedłem a nie szedłem, gdzie nie szedłem wszystko się wzięło z dwóch dróg a raczej z jednej, którą wybrałem jak bohater z wiersza Roberta Frosta jak Jack i Zack w ostatniej scenie Poza prawem postać, która odchodzi w głąb kadru to ja, a oto, co widziały moje oczy. 13 kwietnia 1998 roku od tego momentu zacząłem odliczać szedłem z Wrzeszcza do Osowej potem szedłem: z Sopotu czarnym szlakiem do Matarni z Kamiennego Potoku do Matemblewa niebieskim potem zielonym i żółtym szlakiem z Gdyni do Gdańska i zielonym przez Wyspę Sobieszewską i czerwonym Wejherowskim przez Bieszkowice nad Jeziorem Wygoda i czarnym Zagórskiej Strugi z Wejherowa koło Kalwarii i wyjechałem do Szczawnicy. a tam szedłem: na Przehybę - z Krościenka przez Dzwonkówkę i ze Szczawnicy i przez bór z Radziejowej schodziłem tak i całe pasmo Radziejowej schodziłem i na Sokolicę wchodziłem, gdzie ta sosna, co jej nie ma i małe Pieniny przeszedłem, przez wąwóz Homole zszedłem do Jaworek ha! i na Trzy Korony wszedłem i na Lubań - z Tylmanowej i na Turbacz z tej wsi, co jest odrestaurowany dworek i spotykałem tam mgły na sylwetkach świerków i odchodziłem w zimny deszcz. i w Czorsztynie byłem i w Niedzicy, nad zalewem, co go kiedyś nie było gdy z tatą chodziliśmy po dnie akwenu a potem Kaszuby na Wieżycę wchodziłem, lasy schodziłem na południe od Kościerzyny przez Garczyn, znany z tego, że w ogólniaku biwaki tam mieliśmy i śpiewaliśmy o kogutach na druciku, że nam ich żal i szedłem i szedłem i szedłem. lasy oliwskie schodziłem i puszczę Darżlubską i helski półwysep i latem, latem w Tatry pojechałem ślady moich butów, salomonów teraz już w dolinach Kościeliskiej, Chochołowskiej, Strążyskiej, w Pięciu Stawach i na Giewoncie, Zawracie, Czerwonych Wierchach a nawet Trzydnowiańskim w kosodrzewinie. i szedłem i szedłem i szedłem i nie zatrzymywałem się - w Karkonosze pojechałem i Śnieżkę poznałem ze wszystkich stron od północy, z zachodu od Okraju i zachodu przez Śnieżne Kotły. I również moje ślady na Szrenicy, na Wielkim Szyszaku i na przedgórzu, w zamku Chojnik za zasłoną deszczu i szedłem przez Kowary, ich ciemne ulice, z lękiem wprost z Bazy umarłych w Rudawy Janowickie, na Skalnik lecz oto znowu północ i idziemy z Kiszczakiem z Wrzeszcza do Złotej Karczmy ze Złotej Karczmy do Gdyni z Gdyni do Jelitkowa a liczba kilometrów tego dnia 56 a potem jedziemy na harpagana, Czarna Woda, kwiecień 2000 rok i noc, i Bory Tucholskie, i stacja Bąk, wycieńczenie, świt i kręgi w Odrach i Phantom z nami był, i Czajnik - Sławek Wróblewski, zmarły 2007 zimą na Matterhorn. a lato było piękne tego roku, w Pirenejach, na szlakach wokół Cauterets, och tam, ta chwila na przełęczy niedaleko Vignemale, byłem pół godziny od trzech tysięcy metrów, lecz musiałem zawrócić i zawracam do dziś, zawracam w tym czasie, co jest, był i minął i będzie chyba w przyszłości. i w Pirenejach jestem na wielu przełęczach gubią się francuskie nazwy, lecz nade wszystko pamiętam zejście koło kotłów Gavarnie, kotły Gavarnie jedną z najwspanialszych ścian w Europie nie mam dziś mapy, ale zgubiłem się na wspinaczkowm szlaku chodziłem na dziko, wdrapywałem się na granie i spod nóg mi wypadł kamień, wielkości głowy jest jedno miejsce na granicy z Hiszpanią nazywa się Col d'Aratile, tam nad małym jeziorkiem przesuwały się mgły i tam powiedziałem chwilo trwaj mówiłem tak jeszcze kilka razy na szczycie Razora w Alpach Julijskich na Kowadle w Górach Złotych i w paśmie Riła nad chyżą Iwan Vazov i na Wichrenie, wiele lat potem. lecz kiedy z Pirenejów wróciłem, wracałem w Tatry i tam Kościelec z Madziem i Kubą i tam szliśmy znów przez Czerwone Wierchy i Orlą Percią, Krzyżne, Granaty i Zawrat, Zawrat, nazwa od której przechodzą mnie ciarki i drabinka na Kozim Wierchu skąd spadają nieostrożni a potem znów wyrypy, harpagany lecz wcześniej przechodzimy na treningu z Phantomem 109 kilometrów bez przerwy, z ledwie godziną snu na jakiejś wygasłej stacyjce. na przystanku PKS w Krępie Kaszubskiej o 2.20 jemy kanapki i zatrzymuje się policyjny polonez zostaje zanotowana nasza obecność a mam przy sobie legitymację studencką i ten policjant mówi - student filologii polskiej, chyba nie narozrabia a potem harpagan i fatalne z Kiszczakiem pogubienie i kilometry w próżni, kilometry w leśnych wiatach kilometry w krzakach, ślepych ścieżkach, kilometry w bagnach i jestem o krok od wpadnięcia do otwartego szamba i wiele, wiele jeszcze kilometrów tej jesieni. wiele fałszywych kroków. i z Phantomem wychodzimy z Olsztyna do Lidzbarka Warmińskiego 62 kilometry kopernikowskim szlakiem w jeden dzień w deszcz i wiatr. I idziemy też w tym listopadzie przez Ornetę, przez Pieniężno i poznała nas również Wysoczyzna Elbląska wąwozy Bażantarni, stary dąb w Kadynach i chlupot zalewu w Tolkmicku po zmroku listopadowa godzino w Tolkmicku wracam do ciebie do bezczasu, pauzy, oczekiwania. rozpoznają mnie powielokroć szlaki spod Wejherowa, Pucka, Kościerzyny dukty Borów Tucholskich a latem Julijskie Alpy - przełęcz Vrsic gdzie kręcił swoje teledyski Laibach Life is life, Leben aus Leben te werble, te werble, to jestem ja, mam dwadzieścia trzy lata i twardo kroczę by podbić cały świat lecz na razie tylko Razor, Planja, Spik, Prisojnik czeka na mój powrót Słowenia; gdzie dalej szedłem? przez pucki harpagan, gdzie siódmy byłem - i wchodzimy z Phantomem na skarpę koło Osłonina, w Osłoninie kończy się odyseja piękna karta szaleństwa nim pęknie mi płuco. prawda - pękały płuca, i góry były dalsze, była stabilzacja i była kobieta lecz kobiety mijają, tyją i zdradzają, starzeją się szybko nie to, co taki Matterhorn. od czasu do czasu wyrywam się w plener na przykład nad Mausz, i piszę poemat Noc mleczna i przechodzę pielgrzymi szlak co prowadzi do Wilna. na granicy z Litwą użadliła mnie osa a wcześniej w Sejnach poznałem Tomka Respondka i Tomek polecił mi Drogę donikąd Mackiewicza jest to jedna z najważniejszych książek mojego życia. trasa nasza: Suwałki, Kransnopol, Łoździeje, Merecz, gdzie zmarł król Władysław IV Ejszyszki - a tam noc romantyczna śpię na cmentarzu pod namiotem i jest pełnia światło księżycowe przesuwa się przez płyty, przez krzyże i próg kościoła a kościół otwarty jest, uchylony jest jak grób Jezusa, i nie wiesz co znajdziesz tam, czy nie prześpisz zmartwychwstania albo porazi cię anioł i Wilno jest coraz bliżej - a wcześniej Soleczniki i Turgiele w po drodze Polacy, nieustająca księga ostatnia Pana Tadeusza księga nieustannej pomocy, pocieszenia urwana akurat w miejscu, gdzie ruszają armie tryska nadzieja. lecz miasto spełnione jest, miasto osiągnięte jest, pielgrzymka wypełniona jest. jedziemy z Tomkiem do Jermali i w jednej dobie widzimy Tę, co w Ostrej świeci bramie i kurwy w Rydze na nocnych ulicach. i Jermala o siódmej rano zgaszona jak Sopot po sobotnich balach cicha jak skończony sezon. a potem kemping w Trokach, opodal zamku Kiejstuta. i codzień marsz na stację, siedem kilometrów brzegiem jeziorem i litewskie autobusy do Mejszagoły, Solecznik, sam na Wileńszczyźnie w wydrążonych wsiach, wygasłych korzeniach spamiętanych z pamiętnika Dziadka Bronka w Paskowszczyźnie zabieram grudę ziemi grudę, którą włożyliśmy Ci później do grobu twoją ziemię, jak twoją krew; wróciłem lecz nie było powrotu, nie było domu prysł. i stałem się wygnańcem, banitą ja, który wiedziałem dokąd idę zobaczyłem, że nie udała się pielgrzymka odtąd jest to wiersz o człowieku który budzi się codzień w innym łóżku, zachowuje swoją płeć i narodowość i rozmiar członka i nosi wciąż te same buty tę samą karimatę i ten sam śpiwór i śpi na wydmach koło Czołpina wieczorem koło Smołdzina gubi drogę teraz będzie coraz bardziej ryzykował spał w myśliwskich ambonach w polu, na plaży, na gołej ziemi w lipcu, marcu, październiku, lutym, nawet w lutym i listopadzie w pierwszym szkliwie grudnia a to jest historia o człowieku który zdobywa koronę gór polskich zaczynam od Ślęzy, w październiku wprost ze spotkania we Wrocławiu o literaturze politycznej dojdę też w lutym 2008 roku do miejscowości Lubiewo na wyspie Wolin Była to sławna wyprawa, którą nazwaliśmy "Operacja Schengen", z Bartkiem przekraczaliśmy granicę powielekroć w dolinie Odry, na wyspie Uznam i w Alhbeck gorszyliśmy na molo starych Niemców dwa menele pijące polskie bronksy w schludnym Alhbeck, gdzie zaległy nazistowskie cienie. i w Gryfinie spaliśmy na wyspie po festiwalu Włóczykij i koncercie Haydamaków, gdzie piliśmy z chłopakami z zespołu. lecz przede wszystkim szliśmy i szliśmy przez Góry Świętokrzyskie, przez Mały Beskid, pijąc domowe wina i patrząc w gwiazdy i wracając pociągiem papieskim w drżącym delirium pod ekranem ze świętą Faustyną. lecz jeszcze wcześniej jest przecież pierwsza zimowa wyprawa w sam środek Beskidu Żywieckiego bo powiedziane jest, gdy ona cię zostawi porzucisz nadzieję swoją, swoją pracę i swoją codzienność i znajdziesz się sam w śniegu wpatrzony w chrapy konia, w obłok oddechu na siarczystym mrozie koło schroniska na Wielkiej Raczy a potem śnieg, śnieg, śnieg, brnięcie, zapadanie się, Przegibek, Rycerzowa, Lipowska Hala i nie było dla nich miejsca w schronisku schodziliśmy do Rajczy i w południe 31 grudnia nie wiedziałem, gdzie spędzę sylwestra i przygarnął mnie Szymon, dwadzieścia pięć kilometrów dalej w Istebnej i szedłem tam szosami, w ciemnościach mijały mnie grupy kolędników grupy przebierańców, ludowe diabły a ja szedłem do odległych świateł zapalały się doliny. z Istebnej zaś w Nowy Rok ruszyłem na Baranią Górę śliską ścieżką. i wielką polanę pamiętam przysypaną przez zaspy i żadnej drogi, żadnego wyjścia tylko śnieg, zawieszony pejzaż a potem Skrzyczne, i noc nad Klimczokiem puste schronisko, w które wchodzę z lękiem bo czuję tam lśnienie, martwe łóżka, pościel w zimowym śnie, blaty stołów i telewizor odbijający się od ciszy można zacząć wariować. idę na Szyndzielnię w dole blade widmo świateł Bielska myślę: ona odejdzie nie możesz jej zatrzymać nie możesz zatrzymać siebie, wstań i idź nowaczewski [2009-12-29 00:03:37] skomentuj (10) Poeci na nowy wiek Moja pierwsza poetycka książka 'Commodore 64' została zaliczona przez Romana Honeta do najlepszych debiutów roku 2005 w ramach projektu Biura Literackiego 'Poeci na nowy wiek'. Aby zobaczyć, co napisał o niej Roman Honet kliknij tutaj nowaczewski [2009-12-13 12:56:40] skomentuj (12) |
2010 luty styczeń 2009 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2008 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2007 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień luty styczeń 2006 grudzień listopad październik wrzesień sierpień Gdynia Lądowa Obrona Wybrzeża Strona Grupy Rekonstrukcji Historycznej Lądowej Obrony Wybrzeża Gotenhafen.pl Tak wyglądała Gdynia w czasach wojny NAJNOWSZY LINK Marszrutka Blog Anety Kamińskiej, translatoryczne (i nie tylko) podróże na Ukrainę Piekutowski Jarema Piekutowski - nowy blog kumpla ze Szczecina Dr Anielski Prosto z Paryża Forteca Strona zespołu Forteca ze Szczyrku. Metal+ wojenne wiersze Broniewskiego, Baczyńskiego. Piotr Kajetan Matczuk Piotrek-Kajtek, bard, student fp., fan Kaczmara Wąski Wąski, gitarzysta, student fp., lubi lampowe klimaty Tomasz Maciejczyk opolsko wałbrzyska strona Tomka Maciejczyka (rocznik 79). Eugeniusz Sobol blog Eugeniusza Sobola, recenzje książek, relacje z imprez literackich w Trójmieście Paweł Lekszycki Blog śląskiego poety, rocznik 76 Szczepan Twardoch Dziennik Szczepana Twardocha, prawicowego pisarza ze Śląska, rocznik 79 Jarosław Jakubowski poeta z Koronowa (rocznik 74) Powroty do przeszłości Stare gry Relax Świat Młodych Historia komputera Nostalgia (wieczorynki) inne blogi Piekutowski Dr Anielski Wąski Anarcha Dzieciuk Galaktycznyzwiad Jarema Kirchbaum Kiszczak Podjudzacz Steppenwolf blogi i strony autorskie Dawid Majer Piotr Kajetan Matczuk Szymon Babuchowski Marcin Bałczewski Miłosz Biedrzycki Wojciech Boros Piotr Czerski Przemysław Dakowicz Cezary Domarus Marcin Kruhlej Krzysztof Kuczkowski Piotr Wiktor Lorkowski Jerzy Sosnowski Jarosław Trześniewski-Kwiecień Wojciech Wencel Radek Wiśniewski Literatura Słowo w Uchu Fronda TOPOS jurodiwiec Literackie Nieszuflada Gil Gilling
|